Moja historia
Niby nigdy nie miałam powodów do narzekań. Wszystko układało się z pozoru bardzo dobrze, ale ja zawsze czułam, że coś jest nie tak, że nie wszystko jest na swoim miejscu. A ponieważ bardzo nie chciałam się tak czuć, więc starałam się wszystko robić jak należy.
Studia wybrałam jak należy, potem zaczęłam pracować jak należy. Wszystko niby fajnie, ale byłam trochę jak taki chomik w kołowrotku, który biegnie, biegnie i nie ma możliwości zatrzymać się i zastanowić czego naprawdę chce. Bo na taki przestój w tym moim „życiu jak należy” nie było nigdy czasu i miejsca. Trzeba było iść za ciosem, w pędzie, żeby na wszystko zdążyć i niczego ważnego nie przegapić.
Czułam, że się duszę, że coś mi doskwiera, ale zupełnie nie umiałam tego sprecyzować. A że moje poczucie własnej wartości było na dość niskim poziomie uważałam, że wiele rzeczy nie jest dla mnie. Marzyłam o czymś wielkim, o czymś ważnym, ale jednocześnie bałam się zaryzykować i spróbować czegoś innego. Uważałam, że dużo rozsądniej jest się trzymać dobrze znanych i jakże bezpiecznych schematów.
Ale w głębi siebie tak bardzo chciałam wyjść poza ten schemat. Zerwać etykiety, które mi w toku życia nadano i być taka, jaką czuję, że jestem. Jednak nie do końca wiedziałam co mogę z tym zrobić i jak mogę to zmienić. Żeby to odkryć dużo czytałam, dużo się uczyłam. Analizowałam siebie i swoje zachowania oraz myśli bardzo, bardzo dokładnie. Zafascynowałam się ajurwedą, jogą, medytacją. Szukałam sensu, równowagi, szczęścia i swojego przeznaczenia. Ale jak moje serce się do czegoś rwało, to znajdowałam milion powodów, żeby odłożyć swój pomysł na później. Bo przecież to nie był idealny moment, zawsze było coś ważniejszego i pilniejszego. I przecież jeszcze miałam na to czas.
A czas leciał. Życie płynęło. Z zewnątrz wszystko super. Mąż, dzieci, jedna praca, druga, trzecia. Coraz większe możliwości. A w środku? No właśnie. Tak bardzo chciałam temu wszystkiemu sprostać, nikogo nie zawieść i pokazać wszystkim jaka to ja fajna jestem. Nie mogło się przecież okazać, że ja się do czegoś nie nadaję, że nie jestem wystarczająco dobra, że popełniam błędy. To byłoby niewybaczalne.
Z jednej strony rodzina, która była najważniejsza, z którą chciałam spędzać cały czas, z drugiej praca, w której trzeba było zostać dłużej, a dopiero na końcu ja i to, co ja chciałam zrobić dla siebie. To ostatnie skutkowało dla mnie największymi wyrzutami sumienia.
No ale trzeba było przeć do przodu i godzić to wszystko też było trzeba jak należy! Stres, napięcie, pęd, ciągły pośpiech i poczucie winy stali się moimi stałymi kompanami. A wierzcie mi to wcale nie są fajni towarzysze!
“Ale co tam! – powtarzałam sobie, że jeszcze chwila i to minie i to się uspokoi, ale teraz muszę jeszcze trochę wytrzymać, podporządkować się i dać z siebie jeszcze więcej.
Ale to nie mijało. Stało się za to coś zupełnie innego. Ciało powiedziało dość.
Tak po prostu. Wszystkie lata stresu, gonitwy, ciągłego przejmowania się wszystkim i wszystkimi po prostu zrobiły swoje. Przez rok chodziłam od lekarza, do lekarza. Od badania, do badania. Brałam takie leki, a potem takie, a potem jeszcze inne. Nic nie pomagało. Wreszcie diagnoza, która mnie zmiotła – choroba jelit… Do tego kolejne ciosy, które dostałam w pracy. No i stało się. Nadszedł kryzys. Załamałam się. Szukając dla siebie ratunku i ukojenia trafiłam wtedy do pewnej osoby, która powiedziała: „Wszechświat po prostu zabiera Ci to krzesło na którym tak wygodnie Ci się siedzi. Zastanów się co Ci chce przez to pokazać” Ta rozmowa było swoistym punktem zwrotnym. Powoli, bardzo powoli zaczęłam inaczej na to wszystko patrzeć i rozumieć to, co do tej pory znałam tylko w teorii. Dotarło do mnie coś bardzo prostego. Nie ma sensu patrzeć na siebie jak patrzyłam do tej pory.
Dobrze – źle. Nadaję się – nie nadaję. Jestem dobra – jestem słaba. Błąd katastrofa. Coś poszło – gdzie ta pochwała?
Jestem idealna, profesjonalna albo nie ma mnie wcale!
I zaczęła dziać się magia. Nie od razu, ale bardzo powoli puzzle, które miałam w głowie, które do tej pory się kręciły zaczęły się same do siebie dopasowywać. Zrozumiałam wiele spraw, które tak naprawdę są bardzo proste, ale sama je sobie komplikowałam.
Popatrzyłam na siebie inaczej, polubiłam te cechy, które kiedyś uważałam za wady i zobaczyłam siebie jako naprawdę fajną osobę.
Ważnym krokiem było uświadomienie sobie czasu – czasu, który płynie i który się kiedyś skończy. A skoro tak jest to czy warto się przejmować rzeczami, które są bez znaczenia?
Martwienie się bzdurkami? Przejmowanie się tym, co ktoś o mnie pomyśli?
NIE! Ja już tak nie chcę! Po co mi to? Czy nie lepiej jest zatrzymać się i być, żyć tu i teraz? I bawić się każdą chwilą?
Wszystko zaczyna się od podjęcia decyzji.
Po wielu latach pracy nad sobą, setkach przeczytanych książek (długo szukałam : ) ) i wielu kursach z zakresu coachingu kryzysowego i interwencji kryzysowej postanowiłam podzielić się z Tobą swoją historią i zaprosić Cię do pracy nad zmianą Twojego jak należy na po Twojemu, czyli łagodniej, w zgodzie ze sobą, we współczuciu dla samej siebie… i jak na nowo zakochałam się w życiu.